artykuł

10 min.

Domek na Mazurach, a może Tajlandia?

ostatnia aktualizacja:

Patrzysz na swoich znajomych i coraz częściej poważnie zastanawiasz się, jak to możliwe, że udaje się im oszczędzić na drobne ekstrawagancje i marzenia. Wcale nie zarabiasz mniej od większości z nich, a mimo to zdawać by się mogło drobna przyjemność, jaką jest weekendowy wypad, to wydatek, który nadszarpuje twój budżet. Na tegoroczne wakacje pewnie znów weźmiesz chwilówkę na której raty będziesz wściekać się następne pół roku.

Na pewno czasem myślisz nieśmiało o realizacji jakiegoś dawno już obranego celu. Jeśli potrzebna kwota niezmiennie przyprawia Cię o zawroty głowy, to tekst dla Ciebie. Większość marzeń jest w zasięgu ręki i to bez przymusowych głodówek i zgrzytania zębami. Antosia, Piotrek i Monika nie zarabiają kroci, ale zawzięli się i odłożyli pieniądze na realizację swoich pomysłów. Łatwo nie było, zwłaszcza na początku, jednak kluczem okazał się plan modyfikowany w trakcie oszczędzania.

Najpierw tabelka

Antonina dwa lata temu spędziła miesiąc w Tajlandii. Odłożenie potrzebnych na wyjazd pieniędzy z pensji baristki w jednej ze stołecznych kawiarni zajęło jej rok. – Było mi o tyle łatwiej, że wtedy jeszcze mieszkałam z mamą, więc nie musiałam płacić za mieszkanie i jedzenie. Z drugiej strony pracowałam tylko na pół etatu, ponieważ studiowałam i nie dostawałam żadnych dodatkowych pieniędzy od rodziców – mówi Antosia, świadoma, że gdyby sama miała zapewnić sobie wikt i opierunek najpewniej oszczędzanie na podróż zajęłoby jej trzy razy dłużej. – Szczerze powiedziawszy początkowo myślałam o podróży do Wietnamu, w końcu padło na Tajlandię między innymi dlatego, że szczegółowe koszty podróży można znaleźć w internecie, bo sporo osób tam jeździ. Wietnam jest znacznie mniej oblegany, więc i informacje nie są tak szczegółowe. Zaczęła od zrobienia tabelki w Excelu, gdzie wyszczególniła wszystkie koszty – jedzenie, noclegi, przeloty, transport na miejscu, dodatkowo płatne atrakcje turystyczne i pieniądze na pamiątki dla siebie i znajomych. Sumę zaokrągliła, żeby uchronić się przed niespodziankami.

Z perspektywy czasu Antosia dostrzega, że w planowaniu wyjazdowych wydatków popełniła dwa błędy. – Po pierwsze nie sprawdzałam wystarczająco regularnie kursu bahta, który kilka razy w roku dało się kupić taniej niż zrobiłam to przed samym wyjazdem. Po drugie założyłam, że na miejscu będę jadła tzw. street food, nawet nie tyle z oszczędności, co ze względu na świetną opinię ulicznej kuchni tajskiej. Nie pomyślałam, że po kilku godzinach łażenia w tropikalnych upałach po prostu nie będę miała ani siły, ani ochoty jeść na krawężniku i że miło będzie w końcu gdzieś usiąść. Połowa oszczędzania to tak naprawdę planowanie wydatków. Z jednej strony trzeba trzymać rękę na pulsie, z drugiej przewidywać, nieważne czy tyczy się to jadłospisu na drugim końcu świata czy tego, że w czerwcu będziemy chcieli uzupełnić letnią garderobę.



Fryzjer? Niepotrzebny!

Planowanie podróży planowaniem podróży, ale jak na to wszystko oszczędzić? Antonina zaczęła od zastanowienia się, na co zazwyczaj wydaje najwięcej. Ze zdziwieniem stwierdziła, że na pierwszym miejscu jest fryzjer. Być może nie jest to wydatek szczególnie odczuwalny, jeśli chodzicie do osiedlowego zakładu raz na trzy miesiące podciąć końcówki, ale w jej przypadku było to co miesiąc 160 zł. Nosiła krótką fryzurę z obfitą grzywką, a że jest naturalną szatynką odwiedzała salon raz w miesiącu, żeby nie straszyć odrostem. Kolejnym oczywistym cięciem były wydatki na ubrania. Antosia przestała je kupować, a braki w garderobie nadrobiła wygrzebując z dna szafy kupione w szale zakupów i nigdy nienoszone buty. Kilkukrotnie zorganizowała też z koleżankami swap party na które zaprosiły znajome z Facebooka (typ imprezy podczas której ludzie bezgotówkowo wymieniają się rzadko noszonymi ubraniami).

Antosia przestała też odwiedzać księgarnie i drogerie – Zawsze lekką ręką wydawałam pieniądze na książki, wiesz, to taki wydatek, który łatwo usprawiedliwić, że to kultura, i rozwój intelektualny, a nie kolejna bluzka. Tyle, że często kupujemy książki, których potem nie czytamy, ot tak, żeby poprawić sobie humor czy samoocenę. Zapisałam się do miejscowej biblioteki i zamiast polować na modne nowości wydawnicze, nadrobiłam książki autorów, których już znałam. Z kolei z kupowaniem pierdół w drogeriach chyba każda kobieta ma problem... W tych popularnych wszystko jest pozornie tanie. Lakier w kolorze, którego jeszcze nie masz, a w następnej alejce przecena na masła do ciała i już 30 zł w plecy – komentuje 27-latka. Oczywiście nie przestała kupować kosmetyków, ale została klientką drogerii internetowych, wcześniej zestawiając ceny produktów w porównywarkach online. Nawyk został jej do dziś, bo odkryła, że sklepy stacjonarne mają nawet do 30% narzutu na ceny kosmetyków.

Ograniczenia, o których mowa Tosia wprowadzała stopniowo. Nie miała wcześniej żadnego doświadczenia z oszczędzaniem dużych sum, więc zaczęła po prostu od przelania połowy pensji na subkonto, do którego nie miała karty. Po miesiącu cieszyła się, że wybrała to rozwiązanie, zamiast wpłacić pieniądze na roczną lokatę, jak radziło jej wiele osób. – Nie miałam wystarczającej płynności finansowej, żeby pozwolić sobie na lokatę. Na początku pieniądze, które zostawiałam na życie na bieżącym koncie nie wystarczały, a nie chciałam moim pomysłem obciążać rodziców. Gdybym wpłaciła pieniądze na lokatę straciłabym procent, a tak mogłam przelewać małe sumy, których mi brakowało, z powrotem na konto bieżące. Z czasem wprowadzałam kolejne drobne ograniczenia i połowa pensji zaczęła mi starczać.

 

Apetyt na więcej

Antonina nawet przez chwilę nie żałowała, że odmawiała sobie tylu rzeczy przez rok – Wcześniej zawsze towarzyszyło mi poczucie, że pieniądze przepływają mi między palcami i że nad nimi nie panuję. Po każdej imprezie budziłam się nie tylko z kacem, ale i wściekła, że tyle wydałam, a nieużywane kosmetyki nie mieściły mi się na półce w łazience. Nie muszę chyba wspominać, że Tajlandia to była podróż życia i że warto było nie jeść przez rok na mieście, żeby spróbować tych wszystkich smaków. W Polsce i tak zapychałabym się kanapkami w Subwayu wracając z pracy, a tam za te same pieniądze
miałam np. zupę na mleku kokosowym z krewetkami! – podsumowuje.

Kiedy pytam czy planuje kolejną daleką wyprawę, uśmiecha się łobuzersko. Od ponad pół roku odkładam pieniądze na wyjazd do Malezji. Kupiła już bilety na kwiecień 2017 bo dostała na maila alert cenowy, a w przypadku planowaniu takiego wyjazdu tani lot to oszczędność nawet do 1000 zł.



Własne metry nad wodą

Monika i Piotrek są parą przed czterdziestką, ich dzieci chodzą do młodszych klas podstawówki. Od kwietnia wszystkie weekendy spędzają w kupionym już ponad rok temu domku na Mazurach. – 120 metrów kwadratowych i trochę ponad 200 do jeziora, które widać przez okna z sypialni na piętrze. Sama działka ma 800, jest dobrze doświetlona, żaden tam las, gdzie nie ma nawet trawy, na której można by usiąść rano czy się poopalać – opowiada o inwestycji Piotrek z błyskiem w oku. Domek nad jeziorem nie był czymś, co śniło im się po nocach, choć koniec końców stał się spełnieniem marzeń.

Zaczęło się od problemów z wyjazdem na wakacje z dziećmi. – Jeździliśmy z biurem podróży i zawsze wracaliśmy umordowani.Szczególnie utkwił mi w pamięci wyjazd na Cypr z 2-letnią wówczas Hanią i 4-letnim Adasiem. Targaliśmy te wszystkie klamoty; wózek, jedzenie, zabawki, koło i materac zakurzonym poboczem w 33-stopniowym upale, a na plaży okazało się, że Hania panicznie boi się morza, którego nigdy wcześniej nie widziała, z kolei dla Adama najlepszą zabawą jest ciskanie kamieni w inne kamienie. W dodatku, wbrew temu co mówiła rezydentka, mimo karimaty i ręczników kamienie i tak wbijały się nam w plecy. Resztę urlopu spędziliśmy nad hotelowym basenem – opowiada Monika.

Rok później para spróbowała szczęścia nad polskim morzem. Plaże były pełne ludzi ekspansywnie rozbijających parawany, a dzieci ciężko było odciągnąć od pstrokatych ulicznych straganów. Na wakacje zaczęli wyjeżdżać tylko we dwoje. Pomysł, żeby kupić działkę wykrystalizował się, kiedy remontowali mieszkanie w bloku. Kupowali gazety wnętrzarskie, oglądali programy o urządzaniu domów, w tym także brytyjską „Ucieczkę na wieś”, której bohaterowie szukają dla siebie nieruchomości poza miastem. Obiecali sobie, że po remoncie zaczną oszczędzać na domek letniskowy. Pod uwagę brali tylko morze i pojezierza, jako że mieszkają w Bydgoszczy i choć kochają Bieszczady, wyprawy tam byłyby zbyt czasochłonne. Padło na Mazury, bo działki w pobliżu wybrzeża były znacznie droższe. Zaczęli bez planu, po prostu otworzyli rachunek oszczędnościowy i ze wspólnego konta domowego przelewali tam co miesiąc stałym zleceniem określoną na chybił trafił sumę. Po roku okazało się, że konto domowe ma debet. – Nie było wesoło, awanturowaliśmy się kilka dni zarzucając sobie nawzajem rozrzutność i nieodpowiedzialność.

„Oszczędzając” nie ograniczyliśmy się w niczym. Ot, zrobiliśmy sobie drugi rachunek, nazywaliśmy go oszczędnościowym i tyle.

Trudne łatwego początki

Po 5 latach oszczędzania wydaje mi się to śmieszne, jak niefrasobliwie podchodziliśmy do swoich pieniędzy – mówi Piotrek. Jego zdaniem problem polegał na tym, że wcześniej nie mieli do czynienia z odkładaniem dużych sum i nie wiedzieli jak się do tego zabrać. Nie są typem podróżników, ani gadżeciarzy. Swoje bydgoskie mieszkanie odziedziczyli po babci Moniki, a na jego remont przeznaczyli pieniądze ze ślubu. Na bieżące potrzeby zawsze im starczało – on jest technikiem informatykiem, w zawodzie pracuje już ponad 17 lat, a ona lektorką języka niemieckiego, uczy na 1,5 etatu i udziela prywatnych korepetycji.

– Do sprawy podeszliśmy metodycznie, zaczęliśmy zbierać rachunki, a pod koniec miesiąca podzieliliśmy wydatki na trzy grupy: niezbędne, całkowicie zbędne i do ograniczenia. I tak zaczęła się nasza wielka zabawa w oszczędzanie. Rachunek za prąd z grupy „niezbędne” po dwóch miesiącach zasilił słupek „do ograniczenia”. Najpierw pilnowaliśmy, żeby nie zostawiać sprzętów w trybie stand-by i gasić światło w pomieszczeniach, w których nie przebywamy, potem prześledziliśmy taryfy operatorów i zmieniliśmy swojego na tańszego, a na koniec wymieniliśmy wszystkie żarówki na ledowe. Znajomi pukali się w głowę, że przesadzamy, ale oszczędzaliśmy w ten sposób około 50 zł/msc. Ba! Nadal tyle oszczędzamy – mówi Piotrek. Kluczową oszczędnością okazała się być jednak benzyna. Para zgodnie twierdzi, że z aut korzystali z lenistwa i z przyzwyczajenia. Kiedy ich córka Hania skończyła 5 lat, przesiedli się na rowery, a samochód Marty sprzedali, dokładając pieniądze uzyskane w ten sposób do odłożonej kwoty. Co ciekawe, drugą największą po benzynie oszczędnością okazało się wyeliminowanie zakupów z dziećmi. Kiedy brali je ze sobą, w koszyku oprócz batoników i frytek lądowały też produkty z alejki, w którą właśnie weszli. Wydawało im się, że branie tego, co jest pod ręką sprawi, że szybciej opuszczą sklep. Zostawianie dzieci rodzicom na czas zakupów poprawiło też jakość tego, co jedzą. – Nigdy nie kupowaliśmy chętnie chipsów ani coli, ale jak odmówić dziecku soczku za 2,29? – pyta retorycznie Monika.

Poza tym zrobili wiele mniejszych oszczędności – przestali chodzić do kina w weekendy, kiedy bilety są najdroższe, zaczęli sprzedawać zabawki i ubranka z których dzieci już wyrosły. Policzyli też, że komórki „za złotówkę” jako bonus przy przedłużeniu umowy, to tak naprawdę o 30 zł wyższy abonament przez kolejne dwa lata. Zrezygnowali z wymiany i zmienili taryfy na niższe. Na wakacje zamiast hoteli zaczęli wybierać gospodarstwa agroturystyczne na Mazurach, przy okazji poznając dokładnie region, co znacznie ułatwiło im podjęcie decyzji o zakupie działki. Leki dla ciągle chorujących dzieci? Tylko w aptekach internetowych.
– W oszczędzaniu sum przekraczających kilkaset tysięcy, w pewnym momencie najważniejsze jest znalezienie dobrej lokaty, kiedy masz już jakiś kapitał wyjściowy. To może brzmieć jak czarna magia dla osób, które nigdy nie używały produktów finansowych, ale po roku intensywnego oszczędzania siłą rzeczy łatwiej zrozumieć mechanizmy funkcjonowania poszczególnych lokat i trzeźwo je porównać – opowiadają.

Bakcylem oszczędzania zarazili już kilkanaście osób – Oszczędzanie na swój sposób wciąga. Zresztą tak samo, jak wydawanie pieniędzy. Póki to robisz, masz wrażenie, że musisz to robić, albo, że robią to wszyscy. Tylko, że z oszczędzonych pieniędzy najczęściej jest się dumnym, z wydanych pochopnie niekoniecznie. – Człowiek nie potrzebuje do szczęścia plazmy na całą ścianę i 10 par butów – konkluduje Monika. Na pytanie czy jest coś, na czym nigdy by nie oszczędzili Piotrek i Marta zgodnie przyznają, że są to dzieci. W przyszłości mają zamiar zacząć zbierać na mieszkania dla nich, bo wiedzą z autopsji jak własne mieszkanie ułatwia młodym ludziom start.

Umiejętność oszczędzania rozumianego jako planowanie wydatków i świadomość tego, co jest nam naprawdę potrzebne przydaje się niezależnie od tego, czy mamy wielkie plany wymagające funduszy, czy po prostu chcielibyśmy wydawać mniej. Można powiedzieć, że to cecha niezbędna w dorosłym życiu. Miło myśleć o pieniądzach wyłącznie jako o środku na realizację marzeń, ale warto przy okazji pamiętać (lub po prostu przypominać sobie od czasu do czasu), że oszczędności mogą pomóc nam także w nieprzewidzianych życiowych okolicznościach. Zacząć można od zmiany świadomości. Liczenie pieniędzy to nie odbieranie sobie radości życia, a rodzaj cnoty z której możemy być dumni, podobnie jak z awansu czy ze zrzucenia 5 kilo. Realizacja marzenia jest nagrodą za umiejętność odsunięcia przyjemności w czasie.

Przygotowano we współpracy z NaTemat.pl

wyniki wyszukiwania