artykuł

10 min.

Sztuka filmowania wesel – wywiad z założycielem firmy Skadrowany

ostatnia aktualizacja:

Skadrowany to firma świadcząca usługi filmowania wesel. Uwiecznienie tak wyjątkowego momentu powinno wiązać się z samymi przyjemnościami i odprężeniem – nawet jeśli mowa o pracy. Ale czy naprawdę tak jest? Przed jakimi wyzwaniami stoją usługodawcy? Na te pytania i wiele innych odpowie Adrian Miros – założyciel firmy Skadrowany. Rozmowę poprowadzi Magdalena Rychter.

Adrian, czym zajmuje się Twoja firma?

Skadrowany Adrian Miros: Żartobliwie mógłbym stwierdzić, że moja firma jest od wszystkiego. Prowadzę firmę filmową. W praktyce zajmuję się mediami, formatami oraz dźwiękami wideo na potrzeby zarówno reklam, eventów, jak i imprez masowych. Jednak muszę wspomnieć o tym, co teraz jest najważniejsze w mojej pracy, czyli wesela.


Rozumiem, czyli wesela to fundament Twojej działalności?

Skadrowany Adrian Miros: Na przestrzeni lat ukierunkowałem swoją firmę głównie na wesela. Zainwestowałem w sprzęt, który spełnia swoją funkcję na takich imprezach. Prowadzę jednoosobową działalność gospodarczą, dlatego wybrałem coś, czemu mogłem całkowicie się oddać.


Powiedz mi, skąd pomysł na to, żeby pracować przy takich imprezach?

Skadrowany Adrian Miros: Tak naprawdę to był przypadek. Zaczęło się od założenia firmy. Moim celem było przygotowywanie reklam dla mniejszych firm na social media – przede wszystkim na Facebooka. Ale wracając do wesel ­– któregoś razu moja znajoma z pracy zapytała mnie, czy mógłbym sfilmować wesele kogoś z jej rodziny. Zgodziłem się i od tego zaczęła się moja przygoda. Coraz więcej osób dowiadywało się o filmowaniu i kolejni chętni nawiązywali ze mną współpracę. Pomyślałem, że praca podczas wesel jest naprawdę ciekawa. Wszyscy się cieszą, panuje bardzo pozytywna atmosfera, co idealnie współgra ze mną, bo uwielbiam otaczać się ludźmi.  Zacząłem szukać firmy, która zatrudniłaby mnie do pomocy przy kamerowaniu. Wiedziałem, że wiele muszę się nauczyć. Zdobyłem dużo merytorycznej wiedzy, pracując w firmach pośrednich, a w międzyczasie prowadziłem swoją działalność. Czasami przygotowywałem jakąś reklamę. Mimo to moim głównym celem była praca przy weselach, dlatego zdobywałem doświadczenie w jednej z firm, z którą długo współpracowałem.


Adrian, czy masz jakieś wykształcenie związane z branżą filmową?

Skadrowany Adrian Miros: Nie. Mam wrażenie, że żyjemy w czasach, gdzie wykształcenie kierunkowe jest passe w oczach innych. Chyba nie ma już dzisiaj znaczenia. Uważam, że o wiele bardziej wartościową osobą jest ta, która ma pewien bagaż doświadczeń. W przypadku pracy twórczej – bo moim zdaniem takie jest filmowanie – najważniejsze jest doświadczenie. Aby dobrze wykonywać swoją pracę należy znać zasady filmowania, a następnie umieć złożyć film. To są lata praktyki, w których tworzy się zgodnie ze swoim stylem.


Jak zdobywałeś doświadczenie poza pracą w firmach filmujących wesela?

Skadrowany Adrian Miros: Początkowo składałem swoje amatorskie filmy, na przykład montowałem materiał z wakacji. Są takie zajęcia, które nas pochłaniają całkowicie i tak było w moim przypadku, jeśli chodzi o montowanie filmów. Na początku mojej przygody nie potrafiłem się od tego oderwać. Nie odczuwałem zmęczenia ani znużenia, dlatego wiedziałem, że jest to droga, którą będę podążać. Chyba największym przeskokiem w nabieraniu doświadczenia w tworzeniu filmów była przygoda w pracy na etacie w korporacji, gdzie z obsługi klienta przeszedłem na stanowisko, na którym tworzyłem materiały edukacyjne dla pracowników.


Opowiesz o tym więcej?

Skadrowany Adrian Miros: To bardzo ciekawa historia. Z uwagi na moje umiejętności wywalczono z myślą o mnie specjalne stanowisko, które miało polegać na tworzeniu filmów w komunikacji wewnętrznej dla pracowników. Uważam, że ta sytuacja stanowiła kamień milowy w moim podejściu do pracy i do edukacji. To nie była rozrywka, hobby, a już praca.

Gdy zacząłem tworzyć te filmy zawodowo, zdecydowałem, że chcę zacząć robić coś swojego. Moja firma „Skadrowany” powstała, kiedy zacząłem przygotowywać materiały dla mojego pracodawcy. Wiedziałem, że jestem w tym dobry i chciałem robić coś poza strukturami pracy, coś swojego – mieć swoją markę, szyld.

 

Gdy doszedłeś do wniosku, że chcesz otworzyć swoją firmę, miałeś obawy przed startem? Finansowe, organizacyjne, operacyjne?

Skadrowany Adrian Miros: Widzisz… ja jestem taką osobą, która najpierw coś robi, a potem myśli. Gdyby rzucono pomysł przepłynięcia na drugi brzeg rzeki, większość zastanawiałaby się, czy uda im się przepłynąć, a ja już byłbym w drodze. Dlatego też żadne obawy związane z otworzeniem firmy mi nie towarzyszyły. Proces jej otwierania był bardzo przyjemny i prosty, bo wszystko zrobiłem za pośrednictwem banku. Moja partnerka jest księgową, więc miałem już wiedzę związaną z tym, jak działać. To duże ułatwienie, bo ograniczyło dużo stresu. Nie miałem żadnych obaw w związku z założeniem działalności. Jedyne do czego mogę się przyznać ­– płatności wzbudzają we mnie strach. Zawsze boję się tych mitycznych wielkich kontroli, że zawsze coś znajdą. Ale po to się opłaca wszystko na czas, aby tego uniknąć.

 

Skąd czerpiesz inspiracje?

Skadrowany Adrian Miros: Skupiam się na modzie z zachodu, bo wierzę, że to, co dzieje się w Polsce, dwa lata temu miało miejsce w Ameryce. Tam wszystko się zaczyna i do nas przychodzi z czasem.


Co uważasz za najtrudniejsze w rozmowach i ustaleniach z klientami?

Skadrowany Adrian Miros: Nie jestem zadufany w sobie ale zawsze mówię parom, że to ich pierwsze wesele, a moje już osiemdziesiąte. Dlatego tak ważne jest to, aby mi zaufały, bo znam się na swojej pracy. Wychodzę z założenia, że jeśli już para do mnie przyszła i podoba jej się moja praca, to pozwolą mi pracować tak, jak ja chcę. Jestem ugodowy, możemy porozmawiać o wspólnych pomysłach, ale ostatnie słowo należy do mnie. Ludzie, którzy organizują ślub, mają tysiące pomysłów. Potem wyobrażenie zderza się z rzeczywistością. Po latach pracy wiem, na co możemy sobie pozwolić, na co będzie czas, a na co nie.


Mówisz, że czerpiesz z doświadczeń i idziesz czasem pod prąd. A czy jest coś, co z perspektywy czasu zrobiłbyś inaczej?

Skadrowany Adrian Miros: Na początku mojej pracy byłem bardzo elastyczny i moi klienci słyszeli: „Jasne, spoko, damy radę, nie ma problemu”. Przyszedł taki moment, że przestałem to mówić. Nie wiem, czy wtedy człowiek zaczyna doceniać siebie, czy jest po prostu staje się pragmatykiem i realistą. Chodzi mi o to, że nie spełniam każdego życzenia klienta. Na przykład nie filmuję „bramek” po wyjściu pary młodej z domu, bo muszę być wcześniej w kościele i rozstawić oświetlenie, zrobić kilka innych rzeczy, z których para młoda nie zdają sobie sprawy. Kiedyś zgadzałem się, bo stwierdzałem, że im zależy na tym, ale zrozumiałem, że nikt nie patrzy na to, czy ja jadę za nimi, czy zdążyłem, czy nie zatrzymały mnie światła lub pociąg na przejeździe.


A jak to jest z reklamacjami klientów? Czy zdarzają się często?

Skadrowany Adrian Miros: Oczywiście, że miałem reklamację. Żeby była jasność – na przestrzeni siedmiu lat nigdy nie było sytuacji, żebyśmy nie przyjechali, nie nagrali lub żebyśmy zgubili materiał.

Ewentualne spory i reklamacje wiążą się z innym punktem widzenia. Pracuję z ludźmi, na których mogę liczyć, ale to naturalne, że bardziej zależy osobie, która prowadzi swoją firmę. Pracownicy idą zrobić swoje i tyle. Dlatego są momenty, kiedy muszę sprawdzić nie tylko siebie, ale jeszcze trzy ekipy – czy każdy wszystko ma, wszystko wie, gdzie jechać, na którą godzinę. Muszę każdemu uzupełnić kalendarz. To kolejna automatyzacja, którą wyniosłem z pracy w korporacji. U mnie każdy ma swój kalendarz z datami, godzinami, z adresami i linkami do mapy Google. Moi pracownicy mają wszystko rozpisane, ja to dla nich przygotowuję. Teraz działamy na taką skalę jak nigdy. Mamy osiemdziesiąt ślubów – to najwięcej w mojej karierze. W tamtym roku myślałam, że osiągnąłem szczyt i chciałem zredukować liczbę, jednak w tym roku pobijamy kolejny rekord. Oprócz pracy chcę mieć czas na życie prywatne i cieszyć się nim, a nie tylko pracować. Oczywiście mógłbym mieć więcej wesel, ale wtedy już musiałbym mieć wspólników, a ja robię wszystko sam.


Nie myślałeś o rozwinięciu firmy, żeby zatrudnić kogoś, kto będzie prowadził ustalenia z klientami? Kogoś, kto będzie Cię w tym wspierał?

Skadrowany Adrian Miros: Mój przyjaciel – operator – Andrzej powiedział coś istotnego: że to ja jestem głównym czynnikiem, który przyciąga do nas ludzi. Usługobiorcy są często zdziwieni, że to nie ja będę na ich weselu. Mówię im, że nie umiem się rozdwoić i ciągle podkreślam, że nie jestem sam. Może zgubna jest nazwa firmy, bo w liczbie pojedynczej. Nigdy nie myślałem, że tak się rozwinę. To ja jestem siłą napędową tej firmy, bo poświęcam czas na tworzenie reklam i relacji na social mediach. Prawie codziennie na koncie firmowym mówię do telefonu, żeby ludzie przywiązywali się do mojej marki. Ale wracając do pytania. Hmm… mówi się: „jeśli chcesz pokłócić się z przyjacielem, to załóż z nim spółkę”. I to jest prawda. Gdybym już miał prowadzić z kimś biznes, to na pewno musiałaby być to bliska mi osoba. Ale wiem, że jestem bardzo konsekwentny i wymagający, nie chciałbym nikomu narzucać swojego tempa.


Co Ciebie i Twoje usługi wyróżnia na rynku ślubnym?

Skadrowany Adrian Miros: Jeśli chodzi o moje usługi pod kątem technicznym, to jest to tak szerokie pojęcie, że nie wiem, od czego zacząć. Ostatnio na przykład pani młoda z Warszawy była pozytywnie zaskoczona, że dostanie od nas w filmie rzeczywistą muzykę, do której ludzie się bawili podczas wesela. Teraz filmowcy odchodzą od tego i tworzą długi klip ze swoim repertuarem. U mnie tego nie ma.. Przy usłudze premium planuję więcej wstawek reportażowych, pamiątkowych, wywiadów z bliskimi. W tamtym roku w ramach usługi premium wstałem rano o 4:30 i filmowałem wschód słońca i bociany, które łapały żaby. Na takie nagranie poświęcam cały dzień, bo jestem na sali, gdy jeszcze floryści ją dekorują. Pokazujemy, jak ten dzień się zaczyna, to buduje piękną atmosferę. Robimy wywiady z narzeczonymi ale planuje także włączyć w to innych członków rodziny. Miło będzie wrócić do tego za kilkanaście lat. Bliscy odejdą, ale w filmie zostali uwiecznieni.

 
A czy poza weselami miałeś jakieś nietypowe zlecenie?

Skadrowany Adrian Miros: Nietypowym zleceniem, takim niecodziennym, był pogrzeb. Zostałem poproszony o to, żeby udokumentować pokaźny pogrzeb wykładowczyni z wydziału prawa Uniwersytetu Łódzkiego. To była duża uroczystość, tłumy ludzi, prezydent Łodzi. To chyba najbardziej ekstremalne doświadczenie, jeśli chodzi o filmowanie. Jestem osobą energiczną, radosną, a tutaj musiałem bardzo uważać na każdy krok. Sytuacja wymagała powagi.


Adrian, będziemy powoli zmierzać do końca naszej rozmowy. Wspominałeś o planach na dalsze lata. Rozumiem, że chciałbyś bardziej rozwijać swoją usługę premium? Czy są jeszcze jakieś plany na najbliższy rok?

Skadrowany Adrian Miros: Mam nadzieję, że zmobilizuję się do prowadzenia kampanii reklamowych i do tworzenia nowych reklam. Planuję nawet nagrać piosenkę. W tej chwili jestem w miejscu, w którym mogę powiedzieć, że wszystko mam. Plany to przede wszystkim wprowadzenie wspomnianej już usługi premium, a dodatkowo chcę stworzyć dwie ekipy, które będą ją realizować.

 

Naszą rozmowę zaczęliśmy od tego, w jaki sposób zakładałeś swoją firmę. Czego życzyłbyś tym wszystkim, którzy również stoją przed taką decyzją, jak Ty 7 lat temu?

Skadrowany Adrian Miros: Przede wszystkim, żeby się nie poddawali i żeby nie wstydzili się swoich pierwszych prac. Pamiętajmy, że początki sprawiają, że dziś jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Radzę unikać kopiowania swoich idoli, bo wtedy ta praca nie będzie dobra. Wypracowujcie swoje standardy, swój styl. I czujcie się w tym dobrze. Nie dajcie sobie wejść na głowę, nikt nie może naruszać waszej strefy komfortu. Ważna jest też wybiórczość – nie przyjmujcie każdego zlecenia. Zweryfikujcie najpierw, czy będzie ono dla was dobre. Umiejętność odmawiania jest bardzo ważna.


Adrian, czego życzyłbyś sobie jako przedsiębiorcy?

Skadrowany Adrian Miros: Ja już wszystko mam. Przez te 6–7 lat miałem problem z docenianiem siebie, nigdy nie widziałem swojego progresu. Zawsze chciałem coś udowadniać innym. Niedawno zacząłem pracować nad swoim charakterem i z dumą stwierdzam, że osiągam cele. Życzę sobie, żeby to, co teraz mam, trwało. Chcę cieszyć się z mojego progresu. Bo w życiu nie chodzi o to, żeby nieustannie się rozwijać, a o to, żeby umieć usiąść i ze spokojem obserwować swoje osiągnięcia. To tak, jakbyś była sadownikiem, po wielu latach pracy, kiedy owoce dojrzewają siadasz i delektujesz się widokiem pięknych drzew w oczekiwaniu na kolejne zbiory


To tego wszystkiego Ci życzę. Nadal trenuj odpuszczanie samemu sobie! Dziękuję za rozmowę.


mBank S.A. nie ponosi odpowiedzialności za stosowanie w praktyce informacji objętych powyższym materiałem. Materiał niniejszy ma charakter informacyjno – marketingowy i nie stanowi porady prawnej ani podatkowej. 


wyniki wyszukiwania